WEJŚCIE NA
MIELIZNĘ S/Y „RZESZOWIAK” NA REDZIE PORTU ŁEBA
w dniu 25
maja 2008 r.
/Orzeczenie Izby Morskiej przy Sądzie Okręgowym w
Gdańsku z siedzibą w Gdyni z dnia 10 grudnia 2008 r., sygn, akt WMG 22/08/
I Przyczyną wejścia na mieliznę za głowicami falochronów
portu Łeba, wychodzącego w morze s/y RZESZOWIAK, w dniu 25 maja 2008 r. o godz.
1020, przy wietrze NE 4º B, stanie morza 2 i dobrej widzialności; było
niezasięgnięcie informacji o aktualnych głębokościach na wyjściu;
II Winę za wypadek ponosi kapitan s/y
RZESZOWIAK kpt. jacht. M.K. ponieważ wychodził z portu bez zgody Kapitanatu i
przez to nie uzyskał wiadomości o sytuacji nawigacyjnej na redzie.
STAN FAKTYCZNY:
S/y RZESZOWIAK (dł. całk. 13,74 m; szer. 3,88 m; zan.
max. 1,84; pow. żagli 80 m²; silnik 44 kW) został wyczarterowany przez armatora -
Rzeszowski Okręgowy Związek Żeglarski,
Polskiemu Związkowi Niewidomych - Oddziałowi Mazowieckiemu w Warszawie,
na okres od dnia 26.04. do dnia 31.05.2008 r.
W dniu 24.05.2008 r. jacht stał w bazie żeglarskiej
Marina w Porcie Łeba, gotowy do wyjścia w kolejny rejs turystyczno-stażowy. W
składzie 10 osobowej załogi były cztery osoby niepełnosprawne (słabowidzące) i
dwie, które się nimi opiekowały.
Tego dnia jacht nie wyszedł jednak z portu, bo kapitan
M.K. (lat 27, 10 lat praktyki żeglarskiej, patent kpt. jacht. z 2008 r., ponad 14 tys. Mm żeglugi - ok. 4200 godz., w
tym 3500 godz. kapitańskich, jako
kapitan wchodził do Łeby przed 7-miu laty) z głowicy falochronu ocenił, że jest
zbyt wysoka fala przybojowa. Mając na uwadze bezpieczeństwo załogi, postanowił
poczekać na lepsze warunki.
Jako że w
następnym dniu - 25.05.2008 r. fala była mniejsza, ok. godz. 10.00 powiadomił
pracownika Mariny - w jego mniemaniu jej bosmana, iż będzie wychodził. Uważał, że
jest to jednoznaczne ze zgłoszeniem wyjścia dyżurnemu bosmanowi portu.
Pracownik Mariny, który był tylko dozorcą, zgodził się na wyjście jachtu. Nie
udzielił żadnych informacji o aktualnych warunkach na podejściu do portu, bo
takimi danymi nie dysponował.
Chociaż M.K. nie zapytał bosmana portu o zgodę na
wyjście, ten wiedział że s/y RZESZOWIAK opuści Marinę, bo prowadząc nasłuch na
kanale 12 UKF, słyszał o godz. 10.01 jak zgłasza Straży Granicznej zamiar
wyjścia na Bornholm.
Wkrótce po tym jacht - wyposażony m.in. w GPS,
echosondę i radiotelefon UKF - wyszedł na silniku z Mariny i środkiem kanału
portowego, z prędkością ok. 4 w, kierował się ku wyjściu.
Z uwagi na to, że kapitan nie skontaktował się
wcześniej ze służbą portową, nie uzyskał wiadomości o sytuacji nawigacyjnej i
aktualnych głębokościach na podejściu do portu.
Kapitan stał za sterem. Po minięciu - w osi kanału -
trawersu falochronów, obrał kurs na pławę
świetlną "ŁEBA", wystawioną w odległości 1 Mm na północny
wschód od wejścia do portu.
Gdyby zasięgnął informacji o sytuacji nawigacyjnej u
bosmana portu, dowiedziałby się, że powinien trzymać się północnej strony podejścia do portu.
Wiedział o tym K.G. - szyper łodzi rybackiej ŁEB-55,
która wychodziła z portu za s/y RZESZOWIAK. Gdy na wysokości głowic wejściowych
zobaczył że jacht kieruje się na mieliznę po wschodniej stronie podejścia,
usiłował go ostrzec przez radiotelefon na kanale 12 UKF (pracowały na nim: KP i
SG). Jacht nie odebrał ostrzeżenia, bo
I-szy of. L.M. przełączył, po zgłoszeniu wyjścia SG, stacjonarny
radiotelefon w nawigacyjnej z kanału 12 na 16, a przenośnego nie włączył. Nie
wiedział o tym, że była możliwość prowadzenia jednoczesnej korespondencji i
nasłuchu na trzech kanałach, ale też nie widział takiej konieczności. Uważał,
że po zgłoszeniu wyjścia Straży Granicznej, nie było potrzeby utrzymywania
łączności z lądem, skoro nie było ostrzeżeń nawigacyjnych. Podobnie zachowywał
się wychodząc z portów greckich i hiszpańskich.
Tymczasem s/y RZESZOWIAK, w odległości kilkudziesięciu
metrów za linią głowic, uderzył kilem o dno i wszedł na mieliznę. Stało się to
na nieokreślonej precyzyjnie pozycji, gdyż kapitan nie zadbał o to by została
zapisana w pamięci GPS.
Próby zejścia o własnych siłach – manewrami silnika,
nie powiodły się, a ŁEB-55 nie mogła podejść do jachtu stojącego na mieliźnie i
udzielić mu pomocy. Z uwagi na to, że znosiło go w kierunku wschodniej plaży,
kapitan rzucił kotwicę i polecił wezwać
pomoc. I-szy of. nadał MAYDAY, którego odbiór potwierdził st. bosman portu i przekazał
informacje o potrzebie akcji ratowniczej na wychodzący do akcji m/s HURAGAN.
O godz. 10.26 m/s HURAGAN podszedł do jachtu, który wówczas
znajdował się w odległości ok. 50 m od falochronu wschodniego i 30 m od plaży,
skierowany dziobem na N, podał 40 m liny
holowniczej ø 22mm i zaczął ściągać jacht na kursie N, w czym ten pomagał pracą swego
silnika. Łódź ŁEB 55 zwolniono z asysty.
O godz. 10.32 hol zerwał się i nawinął
na śrubę napędową jachtu. Ponowne podejście do niego statku ratowniczego
uniemożliwiały małe głębokości, w związku z czym, postanowiono ewakuować osoby
niepełnosprawne i opiekujące się nimi na ponton BSR R-24, który doszedł na miejsce akcji o godz.
10.35.
Ewakuację tych 6-ciu osób przeprowadzono w dwóch
turach, do godz. 10.53. W trakcie przechodzenia na ponton, opiekunka J.K.
uderzyła prawą ręką o jego metalowy element i
doznała silnego stłuczenia kości śródręcza. Najpierw została opatrzona w
BSR, a po przewiezieniu do szpitalu w Lęborku, założono jej gipsowy opatrunek.
Na jachcie zostało 4-ech członków załogi.
O godz. 10.50 m/s HURAGAN wrócił do portu i zacumował przy Falochronie
Wschodnim, przez który przełożono linę holowniczą dł. ok. 80 m, a R-24
przewiózł ją na jacht. Po zamocowaniu na obu jednostkach i przechyleniu jachtu
na burtę - przez stojących w wodzie i ciągnących za wantę ratowników BSR - s/y RZESZOWIAK
o godz. 11.17 został ściągnięty z mielizny.
W trakcie holowania do portu jacht kilka razy otarł
się o dno. Kapitan stwierdził niesprawność steru i zablokowanie śruby napędowej.
W tym dniu, z Łeby wyszedł bez problemów m/y MORS,
który miał nie mniejsze zanurzenie niż s/y RZESZOWIAK.
Na skutek wejścia na mieliznę, jacht doznał
skrzywienia i wbicia kilu oraz zgięcia trzonu płetwy sterowej. Po
wystawieniu przez Urząd Morski karty bezpieczeństwa
na jednorazową podróż, został przeholowany w dniu 30.05.2008r. do Górek
Zachodnich, gdzie dokonano naprawy uszkodzeń.
Armator podał, że koszty związane z remontem i
zerwaniem zakontraktowanych rejsów, wyniosły ok. 160 tys. zł.
Od dnia 21.05.2008 r. pogłębiarka KAZIMIERZ prowadziła
na podejściu do portu Łeba roboty czerpalne. Pomiary głębokości wykonane w dniu
30.05.2008 r. wykazały, że na nim, w świetle głowic falochronów, wynosiły one
od ok. 2 do 6 m. Podobne były w dniu wypadku. W miejscu wskazanym na mapie przez
I-go oficera - jako miejsce uderzenia jachtu o dno, pomiary głębokości wynosiły
ponad 5 m.
OCENA IZBY MORSKIEJ:
Port Łeba jest trudny nawigacyjnie przy wiatrach od W
przez N do NE – wywołujących wysoką falę przybojową i występujących, podczas
nich, przed wejściem, poprzecznych prądach. Tego rodzaju warunki powodują
zapiaszczenie podejścia do portu, którego głębokość, wynosząca w wejściu 4,0 m,
może zmniejszyć się nawet do 2 m. Wymaga to bieżącego prowadzenia robót
czerpalnych. W przypadkach opóźnień, spłycenia mogą być znaczniejsze. Wówczas
kapitanat portu wydaje ostrzeżenia nawigacyjne.
Dlatego też, Locja Bałtyku 502, oprócz ostrzeżeń
nawigacyjnych, zaleca by przed wejściem do portu, zasięgnąć drogą radiową za
pośrednictwem UKF-ki, informacji o sytuacji nawigacyjnej i aktualnych
głębokościach na wejściu (s. 141); natomiast zamieszczone w niej (uzupełnieniem
nr 3 – 2006) przepisy portowe (s.
37-49), stanowią w § 116., iż żaden statek nie może wejść i wyjść z portu bez
uzyskania zgody kapitanatu.
Niedochowanie
tego obowiązku przez kapitana jachtu świadczy, że locji nie przeczytał. Co
gorsza, nawet po rozprawie przeprowadzonej w Izbie Morskiej wątpił w celowość i
znaczenie informacji udzielanych przez bosmanów dyżurnych portu. Zwiększenie
bezpieczeństwa widział w potrzebie dokładniejszego opisu toru podejścia w
locji.
Absurdalność tego oczekiwania wynika z jego niewiedzy
o nieustannym ruchu rumowiska dennego na redzie i znaczących zmianach
głębokości na podejściu po W-N-E sztormach. Rozsądnym i sumiennym żeglarzom powinno
wystarczyć zawarte w locji zalecenie zasięgnięcia informacji o aktualnych
głębokościach, a rzeczą oczywistą jest, że dotyczy to także wychodzących z
portu.
Wprawdzie, locje zawierają opisy – m.in. podejść do
portów po to, by ułatwić żeglugę, ale jej bezpieczeństwo zależy już od zwykłej
praktyki morskiej i staranności kapitanów.
Wbrew ocenie swego zachowania przez kpt. jacht. M.K.,
nie było ono należycie staranne. Nie postępował ani z „najlepsza wiedzą”, bo
jej nie miał, ani w „poczuciu odpowiedzialności za specyficzną załogę”.
Przyznanie, że nie ustalił z kim w Marinie rozmawiał o zamiarze wyjścia z portu
i nie widział w tym związku z wypadkiem, świadczy, że nie znał wagi roli
spełnianej w tym zakresie przez służbę portową, a swój obowiązek sprowadzał wyłącznie
do zgłoszenia wyjścia, nie zaś do konieczności poznania sytuacji nawigacyjnej
po sztormie, który zatrzymał go w porcie.
Niesumienność i brak wyobraźni sprawiły, że nie
dowiedział się, iż na podejściu są zapiaszczenia i w jaki sposób należy je ominąć
oraz pozbawił się nasłuchu przez wyłączenie kanału 12 UKF. Jako kapitana
dyskredytuje go m.in. to, że nie dostrzegał w danej sytuacji przydatności
dysponowania w zasięgu ręki radiotelefonem. W tym zakresie zdał się na
posiadającego uprawnienia radiowe I-go oficera, który nie wiedział jaką
nawigacyjnie funkcję może w obserwacji słuchowej pełnić to urządzenie. Dlatego, że kapitan nie
widział takiej potrzeby, nie zapytał
I-go oficera, czy zna funkcje radiotelefonu zainstalowanego na jachcie. W ten
sposób pozbawił się możliwości odebrania ostrzeżenia od wychodzącego za nim rybaka.
Nieporozumieniem było zastanawianie się, czy
zgłoszenie wyjścia kompetentnej osobie uchroniłoby go przed wypadkiem. Nie
chodziło bowiem o to by zgłaszać, lecz uzyskać zgodę na wyjście, którą bosman
by mu dał, po uprzedzeniu o niebezpieczeństwach i wskazaniu sposobu ominięcia
mielizny.
Wyjaśnienia kapitana i I-go oficera sprawiają
wrażenie, iż mają pretensje, że 30-40 m za główkami była mielizna. W żeglowaniu
tak bywa, iż na drodze do obranego celu,
mogą niespodziewanie wystąpić przeszkody nawigacyjne. Bezpieczne
ominięcie ich wymaga liczenia się z taką możliwością. Jeżeli zaś uprzedza o
niej locja i nakłada w związku z tym konkretny obowiązek, to każdy sumienny
żeglarz ma obowiązek do niej się zastosować.
Dzięki szybkiej i sprawnej akcji ratowniczej, wypadek
skończył się szczęśliwie.