Mój pierwszy Horn!
Wyprawę do Ameryki Południowej, aby popływać tam na
szalupie wielorybniczej planowaliśmy od roku. Rozpoczęcie wyprawy o wdzięcznej
nazwie „Darwin & Tierra del Fuego” mieliśmy rozpocząć 15 listopada 2008 roku.
W związku z tym, że lider naszej wyprawy Henryk Wolski kapitanował na jachcie
Nashachata od 09.10.2008 w rejsie z Buenos Aires przez
Cieśninę Magellana wokół Przylądka Horn to i ja zgłosiłem się na ten rejs, jako
załogant-szkutnik, bo na jachcie zawsze jest coś do zrobienia.
Rejs był zaplanowany
tak, aby popłynąć śladami Magellana, odwiedzając miejsca opisane w relacjach z
jego podróży.
W dniu 9 października 2008 r., zjawiliśmy się na
jachcie, zacumowanym w Yacht Club Argentino, w samym centrum Buenos Aires. Po
trwającej prawie trzy dni przed rejsowej krzątaninie, 11 października wyszliśmy
na szerokie, brunatne, mętne i niezwykle zanieczyszczone, pływającymi drobnymi
śmieciami, wody
W porcie okazało się,
że na miejscu nie ma żaglomistrza a najbliższy jest w Buenos Aires, czyli 5 dób
jachtem lub 450 km samochodem. Szczęściem w nieszczęściu, mieszkający w
Argentynie Polak, Janusz Ptak, (pasjonat żeglarstwa, nagrodzony w ostatniej
edycji Rejs Roku za pomaganie wielu polskim załogom) pomógł nam. Żagiel
wysłaliśmy autobusem do Buenos. Janusz go odebrał, zawiózł do żaglomistrza a
następnie także przesyłką konduktorską, odesłał do leżącego u nasady półwyspu
Valdes, miasta Puerto Madrin, naszego następnego planowanego portu.
Od momentu wyjścia na ocean, towarzyszyły nam delfiny.
Po zbliżeniu się do półwyspu, miejsce delfinów zajęły olbrzymie walenie.
Obydwie zatoki półwyspu Valdes, północna; Golfo San Jose i południowa; Golfo
Nuevo są akwenami, na których te wielkie ssaki odbywają gody. Gdy staliśmy już
zacumowani w Puerto Madrin wciąż w zasięgu wzroku było minimum pięć par wielorybów.
Opóźnienia
spowodowane silnymi bajdewindowymi wiatrami i problemem z żaglem spowodowały,
że postanowiliśmy odbyć odprawę graniczną i płynąć bezpośrednio do leżącego w
Cieśninie Magellana, chilijskiego Punta Arenas. W czasie biurokratycznej
gehenny, jaką była odprawa graniczna połączona z odprawą jachtu przed wyjściem
w morze, kapitan otrzymał do podpisania oświadczenie, że został poinformowany o
bezwzględnej konieczności prowadzenia nasłuchu na kanale 16 VHF oraz o
obowiązku meldowania do Prefectury naszej pozycji, co sześć godzin. Te
„urzędnicze czary” przypomniały nam dawne odprawy jachtów dokonywane przez
bosmanów w polskich portach. Żartowaliśmy, że za chwilę dzielni argentyńscy
biurokraci poproszą nas o pokazanie klauzuli na pływania morskie.
Wypoczęci, w doskonałych humorach wyszliśmy wieczorem
w morze. Wiatr zmienił kierunek na bardziej korzystny. Popychani rześką
„ósemką” szybko kroiliśmy mile oczekując momentu przekroczenia pięćdziesiątego
równoleżnika. Szykowaliśmy się na toast i w ogóle miało być miło i przyjemnie.
Gdy wartość latitude na GPS’ie osiągnęła 49o58’S przyszedł szkwał o
sile 65 węzłów i... został z nami na ponad dwie doby.
Ryczące czterdziestki
nie chciały nas wypuścić ze swoich objęć. Początkowe, zachodnie 10oB
wygnało nas daleko od brzegu i zmieniło się w SW-11º (później S-10º)
i zmusiło do położenia się na bardzo nam nieodpowiadający kurs w kierunku
ujścia
Gdy się wywiało
byliśmy na szerokości 43º S. Na szczęście po wichurze nie nastała flauta i
„już” w ósmej dobie po opuszczeniu Puerto Madrin, wieczorem 27 października,
488 lat i 5 dni po sławetnym Kapitanie, zaoczyliśmy ląd nazwany przez Magellana
Przylądkiem 11 tysięcy Dziewic (obecnie, Cabo Virgenes).
Cieśnina Magellana
nie zaskoczyła nas - wiało tak jak jest napisane w locji - silnie i
z zachodu, natomiast fala była zdecydowanie mniejsza niż na oceanie, więc
mogliśmy pomagać sobie silnikiem.
Spod dna Cieśniny wydobywany jest gaz i ropa naftowa.
Stojące tam platformy wiertnicze znacząco odbiegają wyglądem od tych znanych z
Morza Północnego. Są
mniejsze, bardziej filigranowe i... często
nieoświetlone. Wypatrując platform, promów pływających pomiędzy brzegami i
innych statków weszliśmy w pierwsze przewężenie cieśniny - Pimera Angostura.
Sprzyjający prąd spowodował, że ten odcinek pokonaliśmy z szybkością 12 węzłów.
Kolejne zwężenie - Segunda Angostura, pokonywaliśmy w czasie, gdy prąd znacznie osłabł.
Płynąc wciąż na tych samych obrotach silnika uzyskiwaliśmy szybkość 3 węzły.
Wczesnym rankiem minęliśmy, zamieszkałą przez tysiące pingwinów, Wyspę
Magdaleny a w południe zacumowaliśmy w Punta Arenas.
Na kei czekało na nas
dwóch niemieckich członków załogi, którym sprawy służbowe pokrzyżowały plany i
nie pozwoliły płynąć z Buenos Aires.
W Chile sprawy „żeglarskiej
papierkologii” załatwia się dużo sprawniej niż w Argentynie. Po pierwsze,
dlatego, że więcej ludzi mówi po angielsku a po wtóre, dlatego, że nie załatwia
się ich w „jednostce wojskowej”, w której nikt nic nie
wie.
Pierwszy napotkany w
porcie rybak skierował nas do Policia de Investigaciones, czyli policji dochodzeniowej,
która w Chile zajmuje się sprawami immigration. Sympatyczny i co najważniejsze
mówiący po angielsku policjant zajął się paszportami załogi a jego asystentka
zadzwoniła do wszystkich urzędów, które muszą uczestniczyć w odprawie
wejściowej jachtu. W Chile, oprócz funkcjonariusza Policia de Investigaciones
na jacht muszą przybyć urzędnicy: urzędu morskiego, ministerstwa rolnictwa,
ministerstwa zdrowia oraz oczywiście służb celnych. Zaraz po powrocie na jacht,
na Nashejchacie zrobiło się tłoczno od urzędników. Każdy z nich coś chciał -
jeden ubezpieczenie, inny certyfikat SRC a jeszcze inny domagał się pokazania
wszystkich warzyw i owoców, jakie posiadamy. Nasi goście zostawili nam stos
zaświadczeń, ale w tym urzędniczym harmiderze zaginął lub nie został wypisany
jeden bardzo ważny dokument - zaświadczenie o odbyciu kontroli celnej. Brak
tego „kwitka” zaowocował później problemami i zatrzymaniem jachtu w Puerto
Williams.
Następnego dnia oddaliśmy cumy i dla naszej, powiększonej,
polsko -australijsko -niemieckiej załogi zaczął się nowy etap rejsu -
zwiedzanie kanałów Patagonii i próba opłynięcia Przylądka Nieprzejednanego.
Kierując się na
południe a następnie na zachód, wieczorem tego samego dnia, minęliśmy przylądek
Froward - południowy skraj kontynentu amerykańskiego. Oczywiście uczciliśmy to
wydarzenie toastem i płynąc dalej na zachód pod tężejące 7oB z trudem
osiągnęliśmy wejście do Canal Pedro. Krótko przed północą rzuciliśmy kotwicę w
wąziutkiej zatoce i cieszyliśmy się na spokojną noc. Już wypiliśmy herbatę, gdy
zameldowano, że kotwica w dzikich podmuchach Wiliwaw nie trzyma. Było bardzo
mało miejsca na manewry. Po kilku próbach Henryk (kapitan) zdecydował, że
wychodzimy na zewnątrz. Wprawdzie w podmuchach siła wiatru dochodziła do 9, ale nie groził nam ląd. Przez całą noc
chodziliśmy na silniku w tą i powrotem.
Strach było iść po ciemku poprzez zwężający się kanał, w którym
głębokość malała do
Gdy zrobiło się wystarczająco jasno, przeszliśmy
zwężkę zwaną Paso O’Ryan. Warunki panujące w tym wąskim przejściu przypominają
nieco Szkocką Pantland Firth w skali 1:100. Silne wiry, bystrza i
kotłująca się pod kilem woda nie nastrajają relaksacyjnie a skaliste
brzegi i wystające spod powierzchni wody ostre granitowe głazy potrafią
wzbudzić trwogę nawet u bardzo doświadczonego nawigatora.
Po przejściu Paso
O’Ryan wyszliśmy na szerokie wody Kanału Cockburn, który w pewnym miejscu
wychodzi na otwarty Pacyfik. Próbowaliśmy przebić się pod wiatr na silniku. Nie
było to nam jednak dane, fale i wiatr były mocniejsze, musieliśmy się poddać
i zawrócić. Schronienie znaleźliśmy w zacisznej zatoczce o nazwie Puerto
King.
Stojąc tam na cumach
wywiezionych na brzeg zupełnie nie odczuwaliśmy furii żywiołu szalejącego na zewnątrz.
Na jachcie zapanowała sielska atmosfera - piękny widok na góry i spływający do
wody lodowiec, wiosenna zieleń drzew porastających strome zbocza, doskonałe chilijskie
wino i kraby podarowane nam przez napotkanych rybaków spowodowały, że prawie
zapomnieliśmy, że jesteśmy na niegościnnym końcu świata.
Postanowiliśmy zostać
w Puerto King dłużej i być może faktycznie byśmy tam zostali na dwa, trzy dni
gdyby nie prognoza przysłana z Polski. Zaczynała się od słów „Straszne! Niż za
niżem” a następnie następowała wyliczanka siły i kierunku wiatru. Wynikało z
niej, że na Wszystkich Świętych pojawi się okienko pogodowe i wiatr zdechnie do
„ósemki”.
W następny dzień opuściliśmy przytulną
zatoczkę i poprzez Paso Pratt przebiliśmy się na Pacyfik. Prognoza sprawdziła
się częściowo - kierunki się zgadzały, ale obiecana „ósemka” okazała się dobrze
wypasioną „dziesiątką”.
Niesieni
północno-zachodnim wiatrem, na samym sztormowym foku zrobiliśmy w ciągu
doby
Horn zostawiliśmy za rufą i popłynęliśmy do Puerto
Williams. Doba w tej maleńkiej osadzie to aż za dużo. W południe następnego
dnia poprosiliśmy o odprawę graniczną - wracamy do Argentyny, następny port Ushuaia.
W czasie odprawy, urzędniczka zajmująca się sprawami celnymi zainteresowała się
brakiem jakiegoś - do dziś nie wiem, jakiego - dokumentu. Na nic zdały się
nasze angielsko-hiszpańskie tłumaczenia, że w poprzednim porcie, w Punta Arenas
wszystko załatwiliśmy i najprawdopodobniej dokument ten został przez pomyłkę zabrany
przez jej kolegów. Urzędniczka stwierdziła, że jesteśmy nielegalnie i... nie możemy opuścić Chile. Kazała czekać i nazajutrz wyjaśnić
sprawę w urzędzie gubernatora. Wizyta w bardzo-ważnym-urzędzie nie przyniosła
skutku. Chilijskie władze w dalszym ciągu nie wiedziały, co z nami zrobić.
Minął dzień
bezsensownego czekania a my nie byliśmy ani o krok bliżej rozwiązania problemu.
Kolejnego dnia sytuacja się powtórzyła - wizyta w urzędzie gubernatora, u celników,
w kapitanacie. Wszędzie słyszeliśmy quizás
mañana być może jutro. Zdawaliśmy sobie sprawę, że stanowimy problem
dla lokalnych władz mających ręce związane koniecznością stosowania biurokratycznych
procedur. W końcu, trzeciego dnia przymusowego postoju, późnym wieczorem na 16
kanale usłyszeliśmy całkiem znośną angielszczyzną: „Nasiaczata, Nasiaczata,
Nasiaczata. Jeśli chcecie to możecie płynąć do Argentyny”, co też natychmiast
uczyniliśmy.
Walcząc z wiejącym
prosto w dziób wiatrem, całą noc, na silniku pokonywaliśmy 30 milowy odcinek
dzielący nas od Ushuaia. Rano podaliśmy cumy i... zakończyliśmy
naszą południowoamerykańską przygodę.
Rejs trwał od 09.10 do
07.11.2008. Przepłynęliśmy
Relacja napisana przy współudziale Marka
Grzywy I oficera tego rejsu, za co mu serdecznie dziękuję !
Kapitan Janusz Kowal